TOKSYCZNI RODZICE – AUTONOMICZNOŚĆ W ZWIĄZKU

Dawno nie pisałam tekstów dotyczących związków. Nie wynika to z tego, że zmieniłam poglądy. Mam głowę pełną pomysłów, które chcę dla Was spisać ale ciągle brakuje mi czasu. Dla tych z Was, którzy ponaglali mnie o moje teksty, mam pewną niespodziankę. Okazuje się, że takie same podejście do materii związków ma moja przyjaciółka Monika. Jest to jedyna osoba, której mogę swobodnie przekazywać pałeczkę do zakładki “woman in love”. Zachęcam Was gorąco do przeczytania tekstu Moni. Mam nadzieję, że będzie częściej pisywać na Fabrykę, mam też nadzieję, że i ja niebawem znajdę czas aby coś dla Was napisać.

Całuję, Kasia Skoczylas

 

Obiecałam, że napiszę ten artykuł specjalnie dla Kasi i Jakuba, do ich wyjątkowej rubryki. Zbierałam się trochę, bo napisanie nawet kilku słów na ten temat sprawia, ze czuję się, jakby obdarta z intymności, a artykuły Kasi i Jakuba są tak wyjątkowe, że napawają optymizmem. Sprawy, o których mogę napisać kilka słów,  są to sprawy bardzo bliskie mi i mojemu mężowi, wręcz wewnętrzne, ale dzisiaj rano pomyślałam sobie, że jeżeli moje przemyślenia i opis tego, co nas spotkało pomoże chociaż jednej parze w rozwiązaniu ich problemów, to będzie swojego rodzaju sukces.

pobrane (2)Nie czuje się specjalistką od związków i małżeństwa. Moje poprzednie związki to z natury były klapą. Prawda była taka, że klapą były zanim się jeszcze zaczęły, ale ja, nieświadoma i zakochana wmawiałam sobie, że będzie lepiej. Z moim mężem było inaczej, ale oczywiście, wspólny margines być musiał.

Z mężem będziemy świętować dopiero drugą rocznicę ślubu, a trzecią znajomości. Pobraliśmy się szybko, bo po sześciu miesiącach mój mąż się oświadczył, a po dziesięciu był ślub. Nie chcieliśmy czekać i sprawdzać się, jak robią niektórzy. Albo się kogoś kocha i mu ufa, albo nie. Nie ma okresów próbnych. Miłość i związek to nie towar na półce w Media Mart, gdzie masz okres gwarancyjny i po tym czasie, możesz nieudany zakup wyrzucić. Każdy z nas ma serce, które może zostać zranione, a kolekcjonowanie takich ran sprawia, że stajemy się oziębli na jakikolwiek zabieg uczuciowy ze strony świata. Ja byłam oziębła. Mocno oziębła. Po dwóch nieudanych związkach, w którym byłam tylko narzędziem do spełniania oczekiwań matek moich chłopaków czułam się wykorzystana i wypruta z samej siebie. Nie posiadałam tożsamości, ani samooceny. Wiecznie poganiana za coś, co nie pasowało owym paniom, myślałam, że tak musi być, że dzieci słuchają się rodziców, a ja muszę tańczyć, jak mi zagrają. Moja mama, owszem, nie przeczę, także była specyficzna. Nadopiekuńcza i lubiąca kontrolować sytuację. Jednak nijak to się miało do tego, co zobaczyłam u mam moich partnerów. Po kilku latach i dwóch zerwaniach z mocnymi zakończeniami, czułam się, jakbym złapała Pana Boga za nogi. W końcu wolna. Nikt nie mówił, co mam założyć na siebie, jak mam się zachowywać, jak odzywać i z kim zadawać. Mogłam robić, co chciałam. I robiłam. Mniej, lub bardziej normalnego. Nie ważne było zdanie innych. Postanowiłam sobie być zimną i niedostępną. Odtrącającą wszystkich i wszystko. W końcu, stała mi się nie lada krzywda. Było to w drugim związku, ale nie będę o tym pisać. Trudny, ciężki temat i bolesny, mimo lat, które minęły. Wiedziałam, że już nic nigdy nic nie będzie takie same. Tak mijały mi miesiące. Dziadowskie miesiące. W międzyczasie, z powodu swojego nastawiania do świata, który blokował prawdziwą mnie, robiąc ze mnie „zimną sukę” straciłam przyjaciela. Dobrego przyjaciela. Ból, jaki spowodowało w moim wnętrzu, mimo tego, że strach do związków brał górę sprawił, że zaczęłam myśleć i zastanawiać się, co ja właściwie robię i czego potrzebuje. Los tak chciał, że w tym trudnym dla mnie okresie poznałam c70e062d54-p164uqe89h1m301a2apn7hqiok1zareczyny_na_smiercmojego męża. Bałam się, nie powiem, że nie. Przeraził mnie. Ktoś, to po kilku spotkaniach na stopie koleżeńskiej wyznaje Ci uczucia i twierdzi, że wie, co czujesz i będzie czekać, aż przestaniesz się bać. To było okropne. Jak kolejna próba manipulacji, której nienawidziłam. Starałam się izolować, ale jak widać, nie ja decyduje o swoim losie. Bóg jest zawsze krok przede mną i kieruje na odpowiedni tor. Mimo prób izolowania się, każda chwila spędzona bez tego człowieka jawiła się, jako ta stracona. Nie wiedziałam kiedy, postanowiłam zaufać. Wszystko działo się tak szybko. Decyzja o związku, zaręczyny. Nie miałam dużo czasu na przemyślenia, ale może to lepiej. W takich momentach nie potrzeba przemyśleń. Albo się czegoś chce, albo nie. Owszem, natrafiliśmy na przeciwników. O ile moi rodzice okazali się ukojeniem moich ran i mocno nas oboje wspierali, o tyle rodzice mojego ukochanego stali mocnym okoniem na nasz związek. Nic im nie pasowało. Chwytali się wszystkiego, aby nas do siebie zniechęcić. Nie pasował im fakt, że byli nieobecni przy zaręczynach. Od tego się zaczęło. Oczekiwali wielkiego splendoru na dwie rodziny i zgód z obu stron, albo ich braku. Zniesmaczeni, że nikt nie spytał ich o zdanie, pffff. Próbowali manipulować ślubem, nami, moimi rodzicami. Sukienka nie taka, przyjęcie nie takie, macie niewychowaną córkę, etc etc. Nawet padł z ich ust pomysł, że pojadą do kurii, aby zablokować uroczystość. Problemem byłam ja. Oczywiście, znów ja. Za brzydka, nie da mężowi dziecka, do niczego się nienadająca, a na dodatek mająca własne zdanie nie pasujące do ich wzorca tradycji. Tak – nic nie było zgodnie z tradycją. Żadnych pogańskich ślubnych obrzędów, wjeżdżających tortów, imprezy na sto par. Nikt nie szanował tego, co wewnętrznie ja i mój narzeczony postanowiliśmy, ze chcemy nas, a nie poklasku w blasku swiatla. Nikt, nie rozumiał, ze ślub to przysięga dwóch osób, a nie splendor, gdzie każdy się o wszystko kłoci. Chcieliśmy, aby nasz ślub był inny, był dla nas. Usłyszałam kolejną salwę tego, co zawsze. Co się zmieniło, że nie uciekłam? Miałam JEGO wsparcie. Postawił się całej swojej rodzinie i zdecydował, że życie chce spędzić ze mną. Pomimo wszystkim i wszystkiemu. Niestety, kończyło się to stwierdzeniem: „jak nie przyjdziecie, to trudno”, ale inaczej się nie dało. Czyż nie na tym polega miłość? Przy podpisywaniu protokołu przedślubnego utwierdziłam się w przekonaniu, ze robimy dobrze, nie licząc się z ich zdaniem. Proboszcz, który nam towarzyszył miał ucieszoną buzię na wieść o tym, jaki ślub panujemy,a jakie problemy mamy. Skromny, nastawiony na uroczystość w kościele, ze scholą muzyczną, bez wystawnej sukni i latających gołąbków, później przyjęcie dla znajomych. Jak to określił, zwracając się do mojego narzeczonego: „Masz chłopie szczęście! Gdzie Ty taką żonę sobie znalazł”. Pokazał nam jeden z punków, który za chwile mieliśmy podpisać. Brzmiał on w wolnym tłumaczeniu tak: od teraz najważniejsza jest Twoja zona/mąż, później długo, długo nic. Następnie Wasze dzieci, a później, może rodzina, blog_zh_3132039_3243946_tr_artykul_50jak im pozwolicie. To my stanowiliśmy jedność. Nikt inny nie mógł się do nas wtrącać. Do ślubu oczywiście doszło, jak planowaliśmy. Nikt nie zepsuł nam uroczystości, chociaż próbowano odstawiać sceny godne Oscara. Mimo wszystkiemu, co mi zrobili, w trakcie uroczystości w kościele stanęłam przy kredensji, gdzie był mikrofon i powiedział w trakcie modlitwy wiernych, że modlę się za moją nową mamę i nowego tatę i chcę, aby w końcu stali się częścią naszej wspólnoty. Teściową to ruszyło. Mamy obecnie bardzo dobre relacje ze sobą, nawet powiedziałabym, że się mocno lubimy. Obie pogadałyśmy i teściowa przeprosiła oraz przyznała się do błędu. Dla niej teraz będę dobra, dopóki będzie dobra dla jej syna, a że widzi szczęście mojego męża. Pokusiła się nawet o stwierdzenie, że podoba jej się nasze prowadzenie tego małżeństwa: zawsze razem, zawsze wspólne zdanie, bez kłótni, bez rad innych. 

Teścia nie ruszy już raczej nic. Na opis jego zachowania szkoda czasu, bo on był prowodyrem tej zwady i wojny. Wybaczyłam mu, ale nie oczekuje, że będzie nas akceptował, nie musi!

Obecnie, jesteśmy prawie dwa lata po ślubie. Dwa lata, bez ani jednej kłótni, zwady. Nigdy nie sprzeczający się o rodziców, a po co, każdy z nas ma jakieś niedociągnięcia w rodzinie. Problemy? Mamy! Jak każdy! A może nawet więcej! Od początku los nas nie oszczędzał. Ja mam problemy onkologiczne, mogące się skończyć usunięciem macicy i jajników. Jest to implikacja tej przykrości, która zdarzyła mi się kilka lat wcześniej. Ból, jaki czuje codziennie, jest nie do wytrzymania. Mam problemy z zajściem w ciąże. Mój mąż, ma problemy z męskimi sprawami. Okazało się po czasie, że jako dziecko miał zabieg, który może mieć wpływ na to, czy będzie mógł teraz mieć dzieci. Ani ja, ani on, nigdy nie pomyśleliśmy, aby być z kimś innym, ani, że ślub był pomyłką. Mimo, że rodzina non stop nam to próbuje uświadamiać. Są docinki odnośnie mojej choroby, ostatnio nawet problemów mojego męża. Ale kolokwialnie mówiąc – wisi mi to. Ani mnie, ani jego nie obchodzi zdanie nikogo, poza naszą dwójką. Żyjemy dla siebie. Rodzice, kiedyś odejdą, zostawią nas, a my zostaniemy. Teraz musimy ze sobą współpracować, bo jesteśmy „jedną duszą”. Nie był dnia, aby mój mąż pisał mi milusiego SMSa, jechał, kiedy ma tzw. emergency i trzeba mnie odwieść do domu, bo znów krwawię, ja co wieczór gotuje mu obiadki, aby miał dobrą dietkę, mimo że po kilkudziesięciu godzinach pracy oczy mi się zamykają. To jest poświęcenie się drugiej osobie. On wydłubie oczy moim rodzicom i swoim, jak na mnie coś powiedzą, jak stanę przeciwko każdemu, kto skrzywdzi jego. Kiedyś wydawało mi się, że takie sceny są tylko z bajki i musimy znosić przeciwności losu, aby być w związku. Jest w tym odrobina prawdy, ale w tej całej prawdzie musimy mieć wsparcie naszej drugiej połówki. Nie może być ona jednocześnie naszym powiernikiem i powiernikiem innych przekonań w rodzinie. Jeżeli się kogoś kocha, najmocniej na świecie, przeciwstawisz się całemu światu i pokonasz każdą przeciwność. W momencie zaręczyn już stawiamy sobie obietnice bycia dla siebie, więc już powinniśmy być powiernikiem wspólnych przekonań i zasad. Nie swoich, nie rodziny, tylko naszych. Tylko wtedy małżeństwo jest szczęśliwie, gdy każda ze stron wie, że po powrocie do domu, na kanapie, na łóżku, przy stole, na przyjaciela, a nie wroga, z którym znów trzeba walczyć.Milosc_HD_090

Ze swojej strony polecamy wszystkim parom nauki narzeczeńskie/przedmałżeńskie u ks. Stanisława Orzechowskiego, oczywiście razem z dialogami. Nie zdradzimy Wam, co Orzech zaplanował dla wszystkich Dudusiów, którzy do niego trafiają, ale to, co możemy Wam poradzić: pojedźcie z nim, wyłączcie telefony, odetnijcie się od rodzin, przyjaciół, wujków „dobra rada” i sprawdzcie, czy jesteście dla siebie stworzeni. Po tych dialogach poczujecie w sercach coś, czego nie czuliście. Naprawdę pomogą Wam podjąć odpowiednią decyzję. Owszem, znajdą się Ci, którzy mimo sprzeczności, różnic w poglądach braku powiązania w związku przed ślubem na siłę będę ciągnąć to. Jest to jednak działanie naprzeciw sobie i drugiej osobie, która, jak i my może być bardziej szczęśliwa z kimś innym. Życzymy Wam znalezienia prawdziwej DRUGIEJ POŁÓWKI i takiego szczęścia, jakie nam przyszło poznać. Jesteśmy z Wami :* 

KIEDY ZACZYNA SIĘ “ODPOWIEDZIALNOŚĆ” W ZWIĄZKU?

http://fabrykakobiecosci.com.pl/wp-content/uploads/2014/03/4.jpgPamiętacie swoje pierwsze miłości? Ile byliśmy w stanie zrobić dla tej drugiej połówki!? Wyrzec się siebie, uciec z domu, poświęcić swoje życie i wybory. Walcząc o nasz związek potrafiliśmy robić szalone rzeczy, tak szalone, że teraz kiedy o nich myślimy włosy jeżą się na nam głowie. „Ślub z rozsądku? Nigdy! Ja muszę ją/go kochać!” Co niektórzy z Was pewnie pamiętają kłótnie z rodzicami, bójki na podwórku- wszystko w imię miłości. Mieliśmy w sobie tyle odwagi, że potrafiliśmy wywrócić do góry nogami nasz cały świat aby tylko być razem. Czuliśmy moc i siłę walki. Trzymając w ramionach naszą Ukochaną czy Ukochanego czuliśmy, że wygraliśmy, że mamy w dłoniach cały świat, że więcej nam nic nie trzeba. Wiedzieliśmy, że żadna burza czy sztorm życia nie jest w stanie nas nadszarpnąć, ponieważ mamy siebie.

Jestem szczerze ciekawa jak na dzień dzisiejszy wyglądaj te wywalczone związki? Ile z nich się rozsypało, a ile tkwi w codziennym marazmie? Jestem też ciekawa czy są w śród nich takie, które mają się lepiej niż wtedy?

Kiedy ostatni raz będąc w związku małżeńskim pocałowaliście się namiętnie w miejscu publicznym lub trzymając się za ręce przemierzaliście ulice? Kiedy ostatni raz byliście na randce? Przecież kiedyś tak chętnie tego wszystkiego przestrzegaliście?

Kiedy zadaję parom takie pytania na ogół wiem już jaka będzie ich odpowiedz i kto udzieli mi jej pierwszy.  Zawsze na moje pytania odpowiadają pierwsze kobiety. Mają setki tysięcy gotowych odpowiedzi na to, że ich związek jest w opłakanym stanie. Do moich ulubionych argumentów należy: „nie możemy się już tak zachowywać, ponieważ teraz jesteśmy odpowiedzialni, bo jesteśmy rodzicami”.

Szczerze bym chciała wiedzieć jaka szkoła uczy takich mądrości.Zawsze powinniśmy pamiętać, że kiedy wypowiadamy A musimy wypowiedzieć i B. Podążając za tą myślą wychodzi na to, że małżonkowie bezdzietni mogą być nieustannie szaleni w związku i w swojej miłości- bo nie muszą być odpowiedzialni.

Myślę, że powinniśmy sobie zadać pytanie czy jesteśmy szczęśliwi w naszym związku? W jakiej kondycji jest nasza miłość? Czy z pełną świadomością możemy powiedzieć, że rozwija się coraz bardziej, czy raczej jest pokryta popiołem jak włoskie Pompeje?

Nie powiecie mi, że bycie rhttp://fabrykakobiecosci.com.pl/wp-content/uploads/2014/03/0.jpegodzicem w tym przeszkadza. Znam wielu mężczyzn, którzy się rozstali i bycie rodzicem nie przeszkodziło im w uganianiu się za przysłowiową spódniczką. Ci sami też mężczyźni będąc do niedawna jeszcze w związkach małżeńskich uważali, że chodzenie z żoną za rękę jest czymś dziwnym, że czasy trzymania za ręce to były w ogólniaku.

Hehe co niektórzy jednak odmłodnieli, bo cofnęli się znów do ogólniaka. Ci sami panowie naśmiewają się, że inni mężowie z 20- letnim stażem, mają w zwyczaju czule szeptać żonie jakieś miłe słowa, a nie widzą, że sami wyglądają jak wyliniałe koty, zmieniające co sezon obiekt swoich westchnień. A raczej są zmieniani, bo prawda jest raczej inna niż opowiadają nasi podrywacze.  

Kiedy publicznie mówię o tym, że wychodzę z moim mężem na randkę, na ogół słyszę od innych tylko negatywne uwagi. Kiedy całujemy się namiętnie na spacerze, odnoszę wrażenie, że robimy coś złego. Coś, co już nam nie przystoi, ponieważ ślubny kobierzec raz na zawsze zabrał nam szaloną miłość. Powinniśmy raczej skupić się tylko i wyłącznie na kaszkach, pampersach i rankingu fotelików samochodowych. Owszem to wszystko jest ważne, ale niestety nie najważniejsze.

Miłość to największa siła jaka istnieje na tym świecie. Siła która nie powinna być sprowadzana tylko do instynktu, niedojrzałości czy tylko macierzyństwa. Łatwo jest kochać swoje dzieci i krewnych. Prawdziwa wielkość ducha pokazuje swoją siłę kiedy jest w stanie oddać swe serce dla de facto obcego człowieka, czyniąc go najważniejszym na świecie.

Nie bez znaczenia mają słowa wielkich myślicieli, którzy wielokrotnie mówili o tym, że jak sprawy najważniejsze są na pierwszym miejscu to reszta doskonale się sama układa. Nasze dzieci pięknie uczą się miłości i poznają jej wielką rangę, kiedy mogą przebywać z szalenie zakochanymi w sobie rodzicami. Jest to dla nich silny fundament, na którym mogą w przyszłości sami budować swoje relacje w związkach.

http://fabrykakobiecosci.com.pl/wp-content/uploads/2014/03/7.jpgFatalna kondycja związków małżeńskich odbija się czkawką na nas ale i na naszych dzieciach. Czy zauważacie już pierwsze owoce tak wielu nieudanych związków? Ja zauważam… Jest dla mnie nie pojętym, jak matki krzywdzą swoje dzieci budując między nimi a sobą nierozerwalną pępowinę.Jak matki mogą wymagać od swoich synów aby kochali je najbardziej? Jak młody mężczyzna może mówić do swojej narzeczonej, że bardzo ją kocha, ale zaraz po mamie?

Czy takie relacje są dla Was normalne? Czy związek budowany z tak przekazanymi wartościami ma szanse nie rozpaść się jak domek z kart? Podziwiam jednak w tej całej tragedii wielu młodych ludzi, którzy mimo fatalnych rodzin pracują nas swoim szczęściem i nie chcą powielać rodzinnych błędów. Mam tylko nadzieję, że dotrwają w swoich obietnicach do końca.

Kochani, nie zasłaniajmy się naszymi dziećmi. Nie mieszajmy ich w to. Przecież dobrze wiemy, że to tylko zasłona, dobry pretekst do tego aby nie starać się o nasz związek.

Jeżeli będziemy potrafili zrozumieć, że wbrew obiegowym opiniom, najważniejszą i zdecydowanie najpiękniejszą rolą w życiu człowieka jest rola żony i męża, nasz związek zacznie układać się doskonale a relacje z naszymi dziećmi będą naprawdę szczęśliwie. To od nas  zależy czy będą w podeszłym wieku stać nas będzie na miłosne szaleństwa względem małżonka o wiele większe niż za czasów najbardziej burzliwych nastoletnich miłości. Możemy w ten sposób również pokazać dzieciom, że ich dzieciństwo jest piękne, ale najlepsze dopiero przed nimi.  Nasze dzieci szybko dorosną, mamy więc niewiele czasu aby nauczyć ich tej wielkiej sztuki miłości.

Pozdrawiam, Kasia Skoczylas

http://fabrykakobiecosci.com.pl/wp-content/uploads/2014/03/2.jpg