Czy jesteś masochistką?

260032_435941596451943_1871167191_nW ostatnim czasie zaczęłam się mocno zastanawiać, czy masochizm jaki często występuję w naszych związkach, jest wpisany w naszą kobiecą naturę? Czy może jest kwestią różnych wyborów lub wynikiem słabości charakteru a może jest rodzinnym jarzmem?

Coraz częściej zauważam też, że w naszych związkach to my trzymamy bicz i zadajemy sobie nim  bolesne rany. Bo jak nie nazwać związku masochistycznym, kiedy regularnie się w nim katujemy, lub pozwalamy by nas „chłostano”?  No chyba, że sprawia nam to przyjemność.

Dlaczego my kobiety tkwimy w związkach, gdzie facet na nas krzyczy, nie ufa nam, traktuje jak gorsze czy nie liczy się z naszym zdaniem? Dlaczego tkwimy w związkach, gdzie nasz mężczyzna nie traktuje nas jak najważniejszej istoty na ziemi? Dlaczego chcemy tak żyć?

Często łudzimy się, że to przejściowy kryzys, bo przecież nasz mężczyzna był kiedyś inny, nie w takim się zakochałam. To wina stresu w pracy czy kolegów a może matka ma na niego zły wpływ.

Nie nie nie, nic z tych rzeczy. Twój mężczyzna to samiec, Pan stada, ze swoim własnym rozumem i sercem. No chyba, że zamiast basiora, masz w domy podwórkowego Burka.

Podwórkowy Burek to mój ulubiony bohater w związkach. Mały kłapouszek, który najgłośniej szczeka tylko w swoim domu. Śmieszny ciapek w towarzystwie a w waszym związku tchórzliwy krzykacz.

Droga czytelniczko, zastanów się. Jeżeli Twój facet ma przed Tobą tajemnice, jeżeli robi Ci przykrość, podnosi na Ciebie głos, rani Cię słowami, nazywa, obraża w towarzystwie znajomych, szarpie itd. Co u diabła robisz przy tym kretynie? Jeżeli podobne sytuacje powtórzą się więcej niż raz w waszym związku, a Ty dalej tkwisz przy jego boku, jesteś prawdziwą masochistką!

Wiele masochistek wierzy w to, że każdy związek da się uratować. Koronnym argumentem jest wtedy dziecko-  mały słodki bobasek zawsze skruszy serce faceta. Niestety w życiu nie jest tak łatwo. O ile często mały bobas skruszy serce tatusia, gwarantuje Ci, że z pewnością nie ożywi Twojego związku.  

Okropnym zwyczajem jest potajemnie grzebanie w swoich telefonach, ale jak druga strona zakazuje nam dotykać swojego telefonu i tworzy przed nami dziwne ograniczenia, jest to bardzo szczeniackie. Prosta zasada- masz tajemnice- masz coś do ukrycia.

Moja Przyjaciółko, jeżeli jesteś tu jeszcze i dotarłaś do tego momentu tekstu, i już wiesz, że źle się dzieje w Twoim związku- uciekaj. Myślisz, że sobie nie poradzisz sama? Uwierz mi, jesteś cudowną kobietą i spotkasz swojego księcia. Bądź cierpliwa, wymagająca i mniej oczy szeroko otwarte. Pamiętaj, że zasługujesz na wszystko co najlepsze. Jesteś prawdziwą księżniczką a księżniczka nie zadowoli się byle giermkiem. Uciekaj a już broń Boże nie wychodź za mąż za takiego, bo wtedy już nic nie będzie dobrze.

Dlaczego tak się piekle? Dlatego, że Panem mojego serca jest prawdziwy mężczyzna. Kocham kiedy się o mnie troszczy, kiedy płaci za mnie w kawiarni, kiedy kupuje mi piękną bieliznę, kiedy mnie rozpieszcza, kiedy mówi, że mnie kocha… W 11 roku małżeństwa czuję się coraz bardziej szczęśliwa, piękna, młoda i zakochana… czuję że rozbiłam bank!

Szczerze wiem, że są jeszcze tacy mężczyźni jak mój Ukochany. Bardzo Kocham wszystkie kobiety. Pragnę ich szczęścia. Dlatego proszę Was moje Kochane, nie ufajcie podwórkowym Burkom, szukacie szczęścia, nikt nie mówił, że będzie łatwo, ale też nikt nie mówił, że się nie uda.

Mocno Was całuję, Kasia

MIŁOSNA BYLEJAKOŚĆ

11707437_919530641426367_3991123403113851234_nWszechogarniająca bylejakość miłosna jest nie do zniesienia. Jestem osobą mocno wrażliwą jeżeli chodzi o stosunki międzyludzkie. Zwracam ogromną uwagę na miłowanie się ludzi, kochanie, a sprawy honoru traktuję pierwszorzędnie. Mimo, że daleko mi do ideału, jakim bym pragnęła być każdy mój dzień to boksowanie się samej ze sobą o lepszą wersję mnie.

Miłosna bylejakość” to zdecydowanie takie zjawisko, na które jestem wyjątkowo drażliwa. Gdzie się z nią spotkać? Dosłownie wszędzie. Znajdziecie ją w domu rodzinnym, gdzie matka całe życie trzymała ojca pod przysłowiowym pantoflem, będąc z nim tylko dla dobra dzieci lub z prostych potrzeb finansowych.  Znajdziecie ją u fałszywych przyjaciół i u rodziny, która pamięta o was tylko w chwilach, kiedy znajduje się w potrzebie. Znajdziecie ją również w swoich związkach, jeśli się tylko dobrze im przyjrzycie.

Żyjemy w czasach kiedy ważna jest oprawa, otoczka naszego życia. A w środku- wydmuszka. Nasze mamy i babcie wzruszały się do piosenek Seweryna Krajewskiego:

[…]

Miasto, które zna jak brudną plamę,
teraz niech jak sen przy tobie zgaśnie,
szkoła, którą dał jej ten kochany,
zniknie nagle, tak jak lęk poranny.

Daj, daj tej dziewczynie biały welon,
kup, kup dwie obrączki szczerozłote,
zgaś, zgaś podły uśmiech ludzi złych!

A potem daj, daj tej dziewczynie czyste ręce.
idź, idź do jej matki na niedzielę.
walcz! walcz! niech was nie pokona czas!

Szarość zwykłych dni jej nie porazi,
place, które śpią jak po chorobie,
ciasny, stary dom, bez gniazd bocianich,
świata groźny szum, co płynie z gazet.

Świecić będzie jej urody nagłość,
w czarną, zimną noc i w dzień majowy,
tylko ty masz być jak doktór mądry,
co dzień taki sam i co dzień nowy.

[…]

Co młode pokolenie sądzi o tych piosenkach? Ślub to wydarzenie. Najbardziej stylowi, idą na kurs tańca, ćwiczą układy choreograficzne, stylizują się i organizują „show”. Otoczka – a w środku pusto. Wolę już piosenki z lat 80-tych, przez wielu określane jako kicz. Kupuję te wszystkie proste piosenki o miłości, ponieważ w ich prostocie kryje się kilka mądrych prawd, które gdzieś po drodze zgubiliśmy. Nie chce być modna, chcę być szczęśliwa. Nie chcę aby pokonał mnie czas, nie chcę wrzucić mej miłości do lamusa.

Żyjemy w takich czasach, że małżeństwo często kończy miłość – a przecież ma być początkiem wielkiej drogi zakochania. Dla współczesnych zakochanych kiczem jest jak rodzice się całują, jak dojrzała kobieta ubiera głęboki dekolt dla swojego męża, jak małżonkowie się trzymają za ręce, jak publicznie okazują sobie miłość.

Mój system wartości jest z goła inny. Patrzę z podziwem na moich dużo starszych przyjaciół- zazdroszczę im, że po 30 latach małżeństwa zachowują się jak podlotki. On patrzy na nią jak na dopiero spotkaną kobietę, ona oddaje się mu, jak by był jedynym mężczyzną na ziemi. Widzę siłę ich miłości i wiem, że nie wyobrażam sobie swojego związku inaczej niż właśnie tak.

Razem z mym Ukochanym staramy się żyć naszą miłością. Patrzeć w jednym kierunku, iść razem pod wiatr i z wiatrem, być jednym ciałem i jednym głosem. Mamy malutkie doświadczenie w małżeństwie, bo dopiero 9 lat, ale my już wybraliśmy- chcemy być tym co „oświeceni” nazywają kiczem.

Chcę chodzić z mym Kocurem na babskie imprezy, chcę aby zapraszał mnie na randki, chcę iść z nim na tańce, przeżywać z nim chwile wzruszenia i dawać się porywać na coroczne podróże poślubne. Chcę dostawać kwiaty i przyjmować codzienne wyrazy miłości. A na koniec, chcę przyjmować złośliwe szepty i uśmieszki, ponieważ ci, którzy śmieją się z prawdziwej miłości śmieją się sami z siebie.

Nie wiem kto jest bardziej śmieszny, ci co są zakochani czy ci co wracają do domu, w którym ich drugie połówki ich nie szanują. Do domu, w którym żyją pod jednym dachem z mężczyzną, który do kolegów określa je epitetem „stara”, „moja”, do domu gdzie żona, kobieta traktuje mężczyznę jak najmłodsze dziecko. Ci sami co uważają, że w małżeństwie lub związku z dużym stażem nie ma już miejsca na wrażliwość, pożądanie, szaloną miłość, mają swoje zdradzające ich nieszczęście słabości.

Kobiety uciekają w świat Pana Grey’a, marząc o cudownym i niegrzecznie przystojnym kochanku, którego przy nadarzającej się okazji zamieniły by ze swoim mężem, gdyby tylko nie było to nieeleganckie. Mężczyźni z kolei robią bydlęce oczy do znanych modelek, aktorek i młodych kelnerek, „bo przecież stosunek z własną żoną to jak kazirodztwo”.

I kto tu jest śmieszny? Nasuwa mi się od razu cytat z „Rewizora” Nikołaja Gogola – „Z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie!”.

Dziś kiedy wrócę do domu, wiem że będzie tam na mnie czekał mój Ukochany. Wiem, że przygotuje mi drobną kolację, ponieważ nie potrafi gotować, a ja zachwycę się nią jak bym spożywała nektar bogów, ponieważ liczy się serce i to, że kocham tego mężczyznę do utraty tchu, z każdym dniem bardziej.

Do zobaczenia,

Kasia

SERCE CZY ROZUM?

love_33Miłość to wielka siła. Mimo, że często się do tego nie przyznajemy- nawet sami przed sobą- pragniemy jej, potrzebujemy jej. Ten niesamowity stan, jest często byle jak interpretowany. Ściągany do parteru, kojarzony z motylkami w brzuchu, podnieceniem, i niestety z „piękną przyjaźnią”.

Miłość to stan, który nie powinien ewoluować w przyjaźń. Jeżeli tak się dzieję, oznacza to, że mamy problem. Kolejna sprawa. Jak jesteśmy młodym małżeństwem to nie jesteśmy przyjaciółmi? Trzeba się ścierać w związku 50 lat aby móc określić swojego mężczyznę przyjacielem? Często też nie najlepszym.

Smutnym jest fakt, że ludzie nie są w stanie stwierdzić, gdzie swoje źródło ma miłość. Czy jej centrum dowodzenia jest w sercu czy może w rozumie? W różnego rodzaju przekazach m.in. w kinie, muzyce, literaturze mówi się o miłości zakorzenionej w „sercu”. Rozum często kojarzy się nam z miłością wyrachowaną– związkiem z rozsądku. Nic bardziej mylnego! in-love-images-and-wallpaper-29Prawdziwa miłość, nie mylić jej tu proszę z uczuciem lub zauroczeniem, jest kierowana naszym rozumem, ponieważ jest czystym aktem woli. Przykład- ja kocham do szaleństwa swojego Ukochanego. Nie mam w związku z ta myślą miłego uczucia podniecenia w brzuchy, nie odczuwam też przyjacielskiej więzi.

Kiedy mówię o swojej miłości, myślę o jej sile, mocy i dojrzałości. Wiem, że gdy wyznaję miłość memu Mężczyźnie biorę za to odpowiedzialność od początku do końca. Kiedy mówię, że Go kocham, czuję że krew szybciej mi krąży. Miłość kojarzy mi się z płomieniem, który powinien rosnąć z każdym dniem. Czuję, że mój Ukochany jest moim wszechświatem a ja jestem tylko małą gwiazdką, ściśle od niego zależną ale na tyle silną aby sprawiać, że gdy mnie zabraknie, wszystko pójdzie w niwecz.

Sam rozum jednak nie starcza. Do doskonałej miłości potrzebujemy też prawdziwej siły serca. Rozum i serce chyba na zawsze pozostaną dla mnie dwiema siostrami- tą rozważną i tą romantyczną.

A czym dla Was jest miłość?

Pozdrawiam, Kasia

Wychowujesz syna… dla synowej… nie dla siebie!

Jesteśmy pod ogromnym wrażeniem, ponieważ dostałyśmy list od jednej z Pań, która czyta naszą Fabrykę. Oczywiście, takie listy bardzo nas cieszą i obiecujemy na wszystkie odpisywać. Smutne jest tylko to, z jaką sprawą Pani “Małgorzata” do nas napisała. Temat jest wszechobecny i może dotyczyć nie tylko jej, ale i innych żon, dlatego postanowiłyśmy go opublikować (za zgodą autorki). Imiona w liście zostały specjalnie zmienione, ponieważ nasza czytelniczka chciała zostać anonimowa.

Droga Kasiu,

Czytam regularnie Fabrykę Kobiecości, a szczególnie podoba mi się rubryka małżeńska, która prowadzisz. Artykuły są naprawdę piękne i pokazują miłość małżeńska taką, jak powinna być. Jestem, nie ukrywając o to zazdrosna, ponieważ niestety moje życie małżeńskie tak pięknie nie wygląda. Nie chodzi o to, że jestem jakoś źle traktowana, czy trafiłam na sadystę. Myślę, że to było by łatwiejsze w rozwiązaniu, bo od razu bym odeszła. Mój mąż jest gorszym przypadkiem, przynajmniej w moim odczucie. Jest maminsynkiem. Nie potrafię z tym walczyć, ani go zmienić, bo moja teściowa, zakochana w swoim synku mamusia, cały czas swoim zachowaniem mi to uniemożliwia. Prawda jest też taka, że nie wiedziałam za kogo tak naprawdę wychodzę za mąż. Owszem, mąż mieszkał z rodzicami przed ślubem, ale ani nie mieszkaliśmy razem, spotykaliśmy się na randach, nie zdawałam sobie sprawy, że jest tak źle. Ale może zacznę od początku.

Małżeństwem jesteśmy  cztery lata. W domu pracuje tylko ja. Mój mąż, co chwile pracę traci. Powody są ciekawe – zawsze jest według mojego męża wina szefa. Albo ktoś go nie docenia, albo zarabia za mało, a stać go na więcej, albo ktoś mu zwraca uwagę, że ma coś poprawić, a on tego nie lubi. Najgorsze jest, że we wszystkich jego decyzjach jego mama go popiera. Co chwilę słyszę: „Tak synku, zostaw tę pracę, stać cię na więcej. Przecież Gośka pracuje. Dlaczego ty masz się męczyć, jak ci źle”. Wszystko było by nawet normalne, bo czasy się zmieniły, teraz mogą pracować kobiety, a mężczyźni mogą być w domu, gdyby on w tym domu „bywał”. W momencie, kiedy mój mąż nie pracuje, siedzi w domu, nic nie zrobi, nie posprząta nawet w koło siebie. Wstaje z łóżka około południa, idzie zrobić sobie jeść, talerze walnie do zlewu, nawet nie włoży do zmywarki i… idzie do komputera, gdzie spędza czas do momentu położenia się spać. Gra w jakieś gry, których fenomenu absolutnie nie rozumiem. Łączy się w internecie i innymi graczami i tylko ja i nasz syn słyszymy potok brzydkich słów lecących z pokoju. Tak, samy synka. Ma 3 latka. Mąż nie ma dla niego czasu, bo wiecznie zajęty jest swoimi sprawami. Gdy wracam z pracy, to pierwsze za co się łapie to gotowanie i sprzątanie. Nic nie jest w domu zrobione, a na dodatek on jeszcze bałaganu dokłada. Urabiam sobie ręce i jestem niesamowicie zmęczona. Najbardziej smutne w tym wszystkim są wizyty teściowej, która potrafi wpaść niezapowiedziana w momencie największego kryzysu i tylko skomentować: „Zawsze wiedziałam, że się do niczego nie nadajesz. Mój syn mógł wziąć lepszą żonę. Ani sprzątać nie umiesz, ani się nim zająć” i po takim monologu  zabiera się za pranie jego gaci i robienie mu kanapeczek i podkładanie pod gębę. Przestałam go już kochać. O miłości nie ma mowy. Miłość przerodziła się w nienawiść i żal. Mam ochotę odejść i zapewne to zrobię, bo która kobieta będzie popychadłem w sidłach synusia mamusi. Jedyna osobą po mojej stronie, jest siostra mojego męża, moja szwagierka. Tylko ona wie, jak mocno ich matka go skrzywiła i opowiada, że zawsze tak było. Marek był pupilkiem matki. Płaciła jego rachunki, sprzątała po nim i zawsze głaskała mimo, że popełniał błędy, wręcz drastyczne. On zawsze był tym kochanym, złotym synkiem, a ona była gnębiona, goniona do roboty, sprzątania i jeszcze zajmowania się nim. Tylko, że ona wyszła na ludzi. Ma własną firmę, kupę kasy, dom, a on… ma gry komputerowe i dwie lewe ręce, oraz mamusię, która mu dogadza. Wiem, że z mojego małżeństwa nic nie będzie, to zaszło za daleko, ale… nie chciałabym popełnić tych samych błędów, gdy będę wychowywać własnego syna. Nie chcę, aby jego żona psioczyła na mnie tak, jak ja psioczę na moją teściową. Nie chce, aby miała mnie za potwora. W końcu sama przeszłam to piekło, dlaczego mam młodej to zafundować. Gdzie jest złoty środek? Jak wychować syna tak, aby żona była z niego zadowolona i dumna, aby nie była popychadłem?

Z pozdrowieniami,

Małgorzata

***

Męskim okiem…

Szanowna Pani Małgorzato,
Nie jestem co prawda ani żoną ani matką. Jestem w pierwszej kolejności mężem wspaniałej dziewczyny, po drugie jestem ojcem. Jako mąż rozumiem jak wielkim skarbem jest kobieta, jak wielkim skarbem jest żona. Powiem szczerze, że dla mężczyzny „żona” to chyba najważniejsze słowo na świecie. Nie ma większego szczęścia ani zwycięstwa dla mężczyzny niż szczęśliwa żona. Zaręczam, że dla mężczyzny nie ma większej satysfakcji niż uszczęśliwianie małżonki. Jestem, jak również wspomniałem również ojcem, ojcem dziewczynki. Wiem, że szczęście najważniejszej osoby na świecie – mojej Ukochanej Żony jest w moich rękach, zależne od moich starań. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że szczęście mojej córki, nie leży przede wszystkim w moich rękach – leży głównie w rękach jej przyszłego męża. Dlatego dodatkowo zależy mi na właściwym wychowaniu młodych mężczyzn.

Co robić? Z pewnością, choć to trudne, uczyć syna jak ważne jest małżeństwo. Po drugie, choć może brzmi to staroświecko, uczyć że honor mężczyzny objawia się przede wszystkim w stosunku do kobiet – ze zdecydowanym wskazaniem na żonę. Mężczyzna, który nie szanuje żony sam nie jest godzien szacunku. Potwierdzi to każdy spełniony mężczyzna, każda spełniona kobieta. Co więcej, dobrze jest wbrew własnej trudnej sytuacji, wskazać że rozpieszczana kobieta da mężowi o wiele więcej szczęścia niż ktokolwiek inny i cokolwiek innego na świecie. Młody chłopiec, a później młody mężczyzna wcale nie będzie szczęśliwy jeśli mu się pobłaża we wszystkim. Dla mężczyzny potrzeba oczywiście sporej dozy wolności. Jednak mężczyzna potrzebuje również wyzwań, wymagań. W mojej opinii potrzebuje ich jeszcze bardziej niż kobieta. Trzeba synowi stawiać wymagania – w imię szczęścia Pani przyszłej synowej – czyli niejako Pani córki, w imię szczęścia Pani syna. Miłość to dawanie, miłość to też stawianie wymagań, ale nie można sprawiedliwie stawiać wymagań jeśli się uprzednio nie daje z siebie. Z jednej strony w Pani przykrej sytuacji może być ciężko tego uczyć. Z drugiej strony sama Pani wie, ile zła wynika z męża który nie poświęca swojego życia dla szczęścia własnej żony. Jeśli a przykład w Pani otoczeniu, wśród Pani znajomych, jest małżeństwo w którym mąż jest szalenie zakochany w żonie, warto przedstawiać ich jako wzór do naśladowania.

Jakub

 

***

Jeżeli macie ochotę do nas napisać podajemy adres mailowy: kasia.skoczylas@vp.pl. Na każdy list postaramy się odpisać. Opublikujemy je też na naszym blogu- jeżeli nam pozwolicie.

Pozdrawiamy, Kasia i Monia. 

 

 

TOKSYCZNI RODZICE – AUTONOMICZNOŚĆ W ZWIĄZKU

Dawno nie pisałam tekstów dotyczących związków. Nie wynika to z tego, że zmieniłam poglądy. Mam głowę pełną pomysłów, które chcę dla Was spisać ale ciągle brakuje mi czasu. Dla tych z Was, którzy ponaglali mnie o moje teksty, mam pewną niespodziankę. Okazuje się, że takie same podejście do materii związków ma moja przyjaciółka Monika. Jest to jedyna osoba, której mogę swobodnie przekazywać pałeczkę do zakładki “woman in love”. Zachęcam Was gorąco do przeczytania tekstu Moni. Mam nadzieję, że będzie częściej pisywać na Fabrykę, mam też nadzieję, że i ja niebawem znajdę czas aby coś dla Was napisać.

Całuję, Kasia Skoczylas

 

Obiecałam, że napiszę ten artykuł specjalnie dla Kasi i Jakuba, do ich wyjątkowej rubryki. Zbierałam się trochę, bo napisanie nawet kilku słów na ten temat sprawia, ze czuję się, jakby obdarta z intymności, a artykuły Kasi i Jakuba są tak wyjątkowe, że napawają optymizmem. Sprawy, o których mogę napisać kilka słów,  są to sprawy bardzo bliskie mi i mojemu mężowi, wręcz wewnętrzne, ale dzisiaj rano pomyślałam sobie, że jeżeli moje przemyślenia i opis tego, co nas spotkało pomoże chociaż jednej parze w rozwiązaniu ich problemów, to będzie swojego rodzaju sukces.

pobrane (2)Nie czuje się specjalistką od związków i małżeństwa. Moje poprzednie związki to z natury były klapą. Prawda była taka, że klapą były zanim się jeszcze zaczęły, ale ja, nieświadoma i zakochana wmawiałam sobie, że będzie lepiej. Z moim mężem było inaczej, ale oczywiście, wspólny margines być musiał.

Z mężem będziemy świętować dopiero drugą rocznicę ślubu, a trzecią znajomości. Pobraliśmy się szybko, bo po sześciu miesiącach mój mąż się oświadczył, a po dziesięciu był ślub. Nie chcieliśmy czekać i sprawdzać się, jak robią niektórzy. Albo się kogoś kocha i mu ufa, albo nie. Nie ma okresów próbnych. Miłość i związek to nie towar na półce w Media Mart, gdzie masz okres gwarancyjny i po tym czasie, możesz nieudany zakup wyrzucić. Każdy z nas ma serce, które może zostać zranione, a kolekcjonowanie takich ran sprawia, że stajemy się oziębli na jakikolwiek zabieg uczuciowy ze strony świata. Ja byłam oziębła. Mocno oziębła. Po dwóch nieudanych związkach, w którym byłam tylko narzędziem do spełniania oczekiwań matek moich chłopaków czułam się wykorzystana i wypruta z samej siebie. Nie posiadałam tożsamości, ani samooceny. Wiecznie poganiana za coś, co nie pasowało owym paniom, myślałam, że tak musi być, że dzieci słuchają się rodziców, a ja muszę tańczyć, jak mi zagrają. Moja mama, owszem, nie przeczę, także była specyficzna. Nadopiekuńcza i lubiąca kontrolować sytuację. Jednak nijak to się miało do tego, co zobaczyłam u mam moich partnerów. Po kilku latach i dwóch zerwaniach z mocnymi zakończeniami, czułam się, jakbym złapała Pana Boga za nogi. W końcu wolna. Nikt nie mówił, co mam założyć na siebie, jak mam się zachowywać, jak odzywać i z kim zadawać. Mogłam robić, co chciałam. I robiłam. Mniej, lub bardziej normalnego. Nie ważne było zdanie innych. Postanowiłam sobie być zimną i niedostępną. Odtrącającą wszystkich i wszystko. W końcu, stała mi się nie lada krzywda. Było to w drugim związku, ale nie będę o tym pisać. Trudny, ciężki temat i bolesny, mimo lat, które minęły. Wiedziałam, że już nic nigdy nic nie będzie takie same. Tak mijały mi miesiące. Dziadowskie miesiące. W międzyczasie, z powodu swojego nastawiania do świata, który blokował prawdziwą mnie, robiąc ze mnie „zimną sukę” straciłam przyjaciela. Dobrego przyjaciela. Ból, jaki spowodowało w moim wnętrzu, mimo tego, że strach do związków brał górę sprawił, że zaczęłam myśleć i zastanawiać się, co ja właściwie robię i czego potrzebuje. Los tak chciał, że w tym trudnym dla mnie okresie poznałam c70e062d54-p164uqe89h1m301a2apn7hqiok1zareczyny_na_smiercmojego męża. Bałam się, nie powiem, że nie. Przeraził mnie. Ktoś, to po kilku spotkaniach na stopie koleżeńskiej wyznaje Ci uczucia i twierdzi, że wie, co czujesz i będzie czekać, aż przestaniesz się bać. To było okropne. Jak kolejna próba manipulacji, której nienawidziłam. Starałam się izolować, ale jak widać, nie ja decyduje o swoim losie. Bóg jest zawsze krok przede mną i kieruje na odpowiedni tor. Mimo prób izolowania się, każda chwila spędzona bez tego człowieka jawiła się, jako ta stracona. Nie wiedziałam kiedy, postanowiłam zaufać. Wszystko działo się tak szybko. Decyzja o związku, zaręczyny. Nie miałam dużo czasu na przemyślenia, ale może to lepiej. W takich momentach nie potrzeba przemyśleń. Albo się czegoś chce, albo nie. Owszem, natrafiliśmy na przeciwników. O ile moi rodzice okazali się ukojeniem moich ran i mocno nas oboje wspierali, o tyle rodzice mojego ukochanego stali mocnym okoniem na nasz związek. Nic im nie pasowało. Chwytali się wszystkiego, aby nas do siebie zniechęcić. Nie pasował im fakt, że byli nieobecni przy zaręczynach. Od tego się zaczęło. Oczekiwali wielkiego splendoru na dwie rodziny i zgód z obu stron, albo ich braku. Zniesmaczeni, że nikt nie spytał ich o zdanie, pffff. Próbowali manipulować ślubem, nami, moimi rodzicami. Sukienka nie taka, przyjęcie nie takie, macie niewychowaną córkę, etc etc. Nawet padł z ich ust pomysł, że pojadą do kurii, aby zablokować uroczystość. Problemem byłam ja. Oczywiście, znów ja. Za brzydka, nie da mężowi dziecka, do niczego się nienadająca, a na dodatek mająca własne zdanie nie pasujące do ich wzorca tradycji. Tak – nic nie było zgodnie z tradycją. Żadnych pogańskich ślubnych obrzędów, wjeżdżających tortów, imprezy na sto par. Nikt nie szanował tego, co wewnętrznie ja i mój narzeczony postanowiliśmy, ze chcemy nas, a nie poklasku w blasku swiatla. Nikt, nie rozumiał, ze ślub to przysięga dwóch osób, a nie splendor, gdzie każdy się o wszystko kłoci. Chcieliśmy, aby nasz ślub był inny, był dla nas. Usłyszałam kolejną salwę tego, co zawsze. Co się zmieniło, że nie uciekłam? Miałam JEGO wsparcie. Postawił się całej swojej rodzinie i zdecydował, że życie chce spędzić ze mną. Pomimo wszystkim i wszystkiemu. Niestety, kończyło się to stwierdzeniem: „jak nie przyjdziecie, to trudno”, ale inaczej się nie dało. Czyż nie na tym polega miłość? Przy podpisywaniu protokołu przedślubnego utwierdziłam się w przekonaniu, ze robimy dobrze, nie licząc się z ich zdaniem. Proboszcz, który nam towarzyszył miał ucieszoną buzię na wieść o tym, jaki ślub panujemy,a jakie problemy mamy. Skromny, nastawiony na uroczystość w kościele, ze scholą muzyczną, bez wystawnej sukni i latających gołąbków, później przyjęcie dla znajomych. Jak to określił, zwracając się do mojego narzeczonego: „Masz chłopie szczęście! Gdzie Ty taką żonę sobie znalazł”. Pokazał nam jeden z punków, który za chwile mieliśmy podpisać. Brzmiał on w wolnym tłumaczeniu tak: od teraz najważniejsza jest Twoja zona/mąż, później długo, długo nic. Następnie Wasze dzieci, a później, może rodzina, blog_zh_3132039_3243946_tr_artykul_50jak im pozwolicie. To my stanowiliśmy jedność. Nikt inny nie mógł się do nas wtrącać. Do ślubu oczywiście doszło, jak planowaliśmy. Nikt nie zepsuł nam uroczystości, chociaż próbowano odstawiać sceny godne Oscara. Mimo wszystkiemu, co mi zrobili, w trakcie uroczystości w kościele stanęłam przy kredensji, gdzie był mikrofon i powiedział w trakcie modlitwy wiernych, że modlę się za moją nową mamę i nowego tatę i chcę, aby w końcu stali się częścią naszej wspólnoty. Teściową to ruszyło. Mamy obecnie bardzo dobre relacje ze sobą, nawet powiedziałabym, że się mocno lubimy. Obie pogadałyśmy i teściowa przeprosiła oraz przyznała się do błędu. Dla niej teraz będę dobra, dopóki będzie dobra dla jej syna, a że widzi szczęście mojego męża. Pokusiła się nawet o stwierdzenie, że podoba jej się nasze prowadzenie tego małżeństwa: zawsze razem, zawsze wspólne zdanie, bez kłótni, bez rad innych. 

Teścia nie ruszy już raczej nic. Na opis jego zachowania szkoda czasu, bo on był prowodyrem tej zwady i wojny. Wybaczyłam mu, ale nie oczekuje, że będzie nas akceptował, nie musi!

Obecnie, jesteśmy prawie dwa lata po ślubie. Dwa lata, bez ani jednej kłótni, zwady. Nigdy nie sprzeczający się o rodziców, a po co, każdy z nas ma jakieś niedociągnięcia w rodzinie. Problemy? Mamy! Jak każdy! A może nawet więcej! Od początku los nas nie oszczędzał. Ja mam problemy onkologiczne, mogące się skończyć usunięciem macicy i jajników. Jest to implikacja tej przykrości, która zdarzyła mi się kilka lat wcześniej. Ból, jaki czuje codziennie, jest nie do wytrzymania. Mam problemy z zajściem w ciąże. Mój mąż, ma problemy z męskimi sprawami. Okazało się po czasie, że jako dziecko miał zabieg, który może mieć wpływ na to, czy będzie mógł teraz mieć dzieci. Ani ja, ani on, nigdy nie pomyśleliśmy, aby być z kimś innym, ani, że ślub był pomyłką. Mimo, że rodzina non stop nam to próbuje uświadamiać. Są docinki odnośnie mojej choroby, ostatnio nawet problemów mojego męża. Ale kolokwialnie mówiąc – wisi mi to. Ani mnie, ani jego nie obchodzi zdanie nikogo, poza naszą dwójką. Żyjemy dla siebie. Rodzice, kiedyś odejdą, zostawią nas, a my zostaniemy. Teraz musimy ze sobą współpracować, bo jesteśmy „jedną duszą”. Nie był dnia, aby mój mąż pisał mi milusiego SMSa, jechał, kiedy ma tzw. emergency i trzeba mnie odwieść do domu, bo znów krwawię, ja co wieczór gotuje mu obiadki, aby miał dobrą dietkę, mimo że po kilkudziesięciu godzinach pracy oczy mi się zamykają. To jest poświęcenie się drugiej osobie. On wydłubie oczy moim rodzicom i swoim, jak na mnie coś powiedzą, jak stanę przeciwko każdemu, kto skrzywdzi jego. Kiedyś wydawało mi się, że takie sceny są tylko z bajki i musimy znosić przeciwności losu, aby być w związku. Jest w tym odrobina prawdy, ale w tej całej prawdzie musimy mieć wsparcie naszej drugiej połówki. Nie może być ona jednocześnie naszym powiernikiem i powiernikiem innych przekonań w rodzinie. Jeżeli się kogoś kocha, najmocniej na świecie, przeciwstawisz się całemu światu i pokonasz każdą przeciwność. W momencie zaręczyn już stawiamy sobie obietnice bycia dla siebie, więc już powinniśmy być powiernikiem wspólnych przekonań i zasad. Nie swoich, nie rodziny, tylko naszych. Tylko wtedy małżeństwo jest szczęśliwie, gdy każda ze stron wie, że po powrocie do domu, na kanapie, na łóżku, przy stole, na przyjaciela, a nie wroga, z którym znów trzeba walczyć.Milosc_HD_090

Ze swojej strony polecamy wszystkim parom nauki narzeczeńskie/przedmałżeńskie u ks. Stanisława Orzechowskiego, oczywiście razem z dialogami. Nie zdradzimy Wam, co Orzech zaplanował dla wszystkich Dudusiów, którzy do niego trafiają, ale to, co możemy Wam poradzić: pojedźcie z nim, wyłączcie telefony, odetnijcie się od rodzin, przyjaciół, wujków „dobra rada” i sprawdzcie, czy jesteście dla siebie stworzeni. Po tych dialogach poczujecie w sercach coś, czego nie czuliście. Naprawdę pomogą Wam podjąć odpowiednią decyzję. Owszem, znajdą się Ci, którzy mimo sprzeczności, różnic w poglądach braku powiązania w związku przed ślubem na siłę będę ciągnąć to. Jest to jednak działanie naprzeciw sobie i drugiej osobie, która, jak i my może być bardziej szczęśliwa z kimś innym. Życzymy Wam znalezienia prawdziwej DRUGIEJ POŁÓWKI i takiego szczęścia, jakie nam przyszło poznać. Jesteśmy z Wami :*